poniedziałek, 20 stycznia 2020

Kanały Warszawskie v.1.0 - Próba Lindleya

Człowiek żyje chwilą, w pędzie dzisiejszych czasów nie zwraca uwagi na wiele otaczających go rzeczy, a szczególnie tych, co są tuż pod jego stopami... No chyba, że idzie akurat trawnikiem, wtedy trochę słabo, gdyby w coś wdepnął ;) Tylko w którą kupę gorzej wdepnąć, w tą na trawniku czy tą płynącą w kanale?
Wylot kanału burzowego, jak na pierwszy raz robi wrażenie. Nie widać tego na zdjęciu, ale jego wymiary wedle ryciny zawartej w Wielkiej Księdze Kanałów wynoszą 1,80x2,25m. To w tym miejscu podczas silnych opadów deszczu woda znajduje swoje ujście. Co z nieczystościami? O tym kawałek dalej. 

Znalezienie wejścia nie należało do trudnych, ale gdy już jest się w środku, wszechogarniająca cegła ciągnie się kilometrami. To wszystko tworzy niepowtarzalny klimat, a dziwne krwiste zabarwienie przyprawia o dreszcze. 

Początkowy odcinek kanału jest dość szeroki i wysoki, daje to dużą swobodę poruszania się. Dzięki temu można tu iść w pozycji wyprostowanej. No chyba, że piliście dużo mleka w młodości i wyrośliście jak Giertych ;) 

Panuje tu monotonny "krajobraz", który zmienia się bardzo rzadko. Czasami spotkamy jakąś dodatkową strukturę typu studzienka kanalizacyjna, a następnie kanał wraca do swojej poprzedniego wyglądu. Śmiałkowie  zapuszczający się w takie miejsce, jednocześnie cierpiący na klaustrofobię, muszą przeżywać tu prawdziwe katusze. 


Kanały i wodociągi Warszawy to poważna sprawa, w związku z tym wypadałoby zamieścić na ich temat coś mądrego ;)

Tak więc:
Wodociągi i Kanalizacja Warszawy są w podstawowej części dziełem trzech ludzi: ówczesnego prezydenta m. Warszawy - gen. S. Starynkiewicza, inż. Sir. W- H. Lindleya i radcy Magistratu - inż. A. Grotowskiego. My skupimy się na Lindleyu.


Dr. Inż. William Heerlein l.indley, jest synem angielskiego inż. Williama Lindleya - twórcy urządzeń wodociągowo-kanalizacyjnych w Hamburgu i projektodawcy Warszawskich wodociągów i kanalizacji. Urodził się 30 stycznia 1853 r. w Hamburgu. Zmarł 30 grudnia 1917 r. w Londynie. 

W 1870 r. pracował u ojca w charakterze asystenta przy budowie prowizorycznego wodociągu w Peszcie przy kanalizowaniu Frankfurtu. 11 lat później po wycofaniu się ojca z życia czynnego, objął po nim wszystkie rozpoczęte prace. 

Do jego pierwszych samodzielnych większych prac poza granicami Niemiec, zalicza się wykonanie urządzeń wodociągowych i kanalizacyjnych w Warszawie oraz projekty kanalizacji i kierownictwo nad podstawami jej wykonania w Elberfeldzie (1882-1903), Hamburgu (1886-1(01), Hanau (1888-1910), Manheimie (1890-1899), Pradze Cze­skiej (1892-1909), Wiirzburgu (1897-1903), sanatorium w Tólz (1900-1902), Samarze (1906-1914) i Włocławku (1910-1914).

Obok budowy tak licznych wodociągów i kanalizacji inż. W- H Lindley opracował dla rozmaitych miast projekty bądź opinie w sprawach ich skanalizowania oraz zaopatrzenia w wodę, które częściowo posłużyły za podstawę do projektów wykonawczych, opracowanych przez innych inżynierów.

Warszawa rok 1883. Rozpoczyna się budowa wodociągów i kanalizacji. Trzy lata później ze Stacji Filtrów po raz pierwszy płynie woda do mieszkańców Warszawy. Tym sposobem trafiamy do grona sześciu europejskich miast wyposażonych wówczas w nowoczesny system wodociągów i kanalizacji.

To byłoby na tyle, teraz można pozwiedzać dalej :)

Jak się okazuje, kanały to nie tylko podłużne korytarze, to sieć prawdziwego labiryntu. Kanał się wznosi, zakręca to w jedną to w drugą stronę. Czasem się łączy z innym, czy też biegnie pod lub nad zupełnie innym kanałem.

Wielka Księga Kanałów zawiera mapę. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że z mapy nie wynika czy kanał jest drożny, czy płynie w nim woda. Czasem nawet można trafić na rozwidlenia, gdzie jedno jest zaślepione (przykład cztery zdjęć poniżej).

Idąc tak dobre 15-20 min, docieram do ostatnich metrów kanału tych wymiarów, dalej już nie będzie tak komfortowo.

To co tu widzimy (w dole kadru) to tak zwany "Separator". Tym tutaj ścieki wpadają do tak zwanego  Kolektora D (chyba)

Działanie separatora polega na tym, że normalne ścieki domowe przy małej szybkości spływają do poprzecznego wyżłobienia w dnie kanału, a stąd do bocznych kanałów rurowych. Ścieki zaś deszczowe, posiadające znaczną szybkość przepływu, przeskakują nad wyżłobieniem i płyną w prostym kierunku do Wisły. - źródło z Wielkiej Księgi Kanałów

Podobno ludzie wyrzucają najrozmaitsze rzeczy do muszli klozetowej, tutaj najwyraźniej ktoś się pośpieszył ;)

Dwa łączące się kanały (zależy z której strony patrzeć ;)) tuż przed lub za separatorem. Po lewej stronie mamy kanał klasy IV o wymiarach 0,90x1,75m, zaś po prawej zaślepiony odcinek kanału (prawdopodobnie) klasy II 0,70x1,25m.

Dla ciekawskich rycina przedstawiająca różne klasy kanałów.

Kanał klasy IV nie należy do najprzyjemniejszych, nie to żeby śmierdziało, ale poruszanie się kanałem tej klasy jest dość uporczywe przez jego wymiary 0,9x1,575m.

Dodatkowym urozmaiceniem wycieczki są tak zwane doloty - osadzone w bocznych ściankach (z obserwacji położone mniej więcej ponad połową lub niżej) stalowe rury. Z rur tych wypływają domowe ścieki wprost do naszego kanału. Szczególną aktywność dolotów zaobserwować można w godzinach wczesno-porannych i wieczorowych, kiedy mieszkańcy pobliskiego kanału szykują się do pracy, biorą wieczorny prysznic lub po prostu udają się na tron strzelić dwójkę ;)

Po drodze można napotkać tajemnicze urządzenia - te tu prawdopodobnie służy do pomiaru przepływu wody przez kanał. Raczej nie za czasów Lindleya. 

Końca wciąż nie widać, tak jakby kanał żył własnym życiem i rozciągał się w nieskończoność. Mimo wilgoci i brak możliwości wyprostowania się kanał jest bardzo fotogeniczny. 

Czarno-białe klimaty też wyglądają dobrze. Kolejny odcinek drogi jest już suchy.

Docieramy do rozwidlenia, w końcu można się wyprostować i chwilę odpocząć. Po prawej prawdopodobnie widzimy kanał klasy VI o wymiarach 1,2x2m, zaś na lewo kanał klasy II o wymiarach 0,7x1,25m.

Pamiątkowych zdjęć nigdy za wiele :) te przy lewym rozwidleniu. 
Foto. Warsaw Explorer

W tym po lewej coś płynie i to całkiem konkretnie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to prowadzi on do  tak zwanego Kolektora E. Jeśli będzie okazja, to o kolektorach też kiedyś coś opowiem. Tymczasem wracamy do rozwidlenia i udamy się w prawo. 

A tak wygląda prawe rozwidlenie, widzimy tu bardzo ładne jajeczko. Nie mam pojęcia której klasy jest ta część kanału, ale jedno jest pewne... Do kanałów trzeba zacząć chodzić z metrówką ;)

Po kilku metrach robi się dość nisko, to początek tak zwanego kanału dzwonkowego, którego wymiar wynosi 2x0,75m.

Ten odcinek kanału możliwy jest do pokonania na dwa sposoby - czołgając się lub przejechać na deskorolce w pozycji leżącej. Którego sposobu by nie wybrać to i tak sprawia on dużą Boleść ;)

Natura kanału nie należy do łagodnych, było mokro, ślisko a teraz dodatkowo jazdę na deskorolce utrudnia obustronny spadek podłoża. W dalszym odcinku jest kilka centymetrów wody co wymusza poruszanie się jak najbliżej ściany bocznej kanału. Podłoże również zmienia się na bardzo nierówne co blokuje kółka deskorolki.

Przebywanie w kanałach nie należy do bezpiecznych, w momencie urwania chmury wypełnia się on w błyskawicznym tempie co w najlepszym wypadku wypłucze nas do Wisły. 

I tradycyjnie "zabieramy tylko zdjęcia, zostawiamy jedynie ślady stóp" kończymy tą wyprawę. Do końca tego kanału zostało jeszcze sporo, a na końcu czeka Kolektor C. Być może kiedyś tam zawitamy.

Tymczasem trzymajcie się i do zobaczenia.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
PS. Moja wiedza o kanałach nie jest jakaś imponująca, wciąż poznaję to środowisko. Jeśli zaszła jakaś pomyłka, np w klasyfikacji kanałów, wszelkie uwagi proszę zamieszczać w komentarzu, a ja poprawię. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz